JAZZOWA JESIEŃ po raz 16.

Koncertem Johna Surmana i Vigleika Storaasa rozpoczęła się 16 edycja Jazzowej Jesieni. Po raz pierwszy bez Tomasza Stańko.

Od początku festiwalu był jego dyrektorem artystycznym i dobrym duchem. Co roku przygotowywał specjalny festiwalowy koncert. Zdążył jeszcze przygotować program tegorocznej edycji. Nie zdążył zagrać na swoim festiwalu.

Od tego roku festiwal w hołdzie dla mistrza nazywa się Jazzowa Jesień im. Tomasza Stańko. W przeddzień Festiwalu Rada Miejska nadała mu tytuł Honorowego Obywatela miasta Bielska-Białej.

Pierwszego dnia festiwalu, w Domu Muzyki odsłonięto popiersie artysty autorstwa znakomitego rzeźbiarza Bronisława Krzysztofa.  Prezydent Jacek Krywult wspominał Tomasza Stańko jako wielkiego przyjaciela Bielska-Białej.

Festiwal otworzył prezydent-elekt Jarosław Klimaszewski, który zapewnił że jako prezydent będzie dbał o to, żeby Jazzowa Jesień w dalszym ciągu mogła się odbywać w Bielsku-Białej.

Na dobry początek jazzowej Jesieni zagrał stary przyjaciel Stańki, brytyjczyk John Surman, wspierany przez norweskiego pianistę Vigleika Storaasa. Wspólnie wypełniali muzyczną przestrzeń pięknymi, częściej spokojnymi niż poszarpanymi, melodyjnymi dźwiękami.

Następny punkt programu zapowiedziała Anna Stańko. Zwykle mówiła ze sceny o kolejnych koncertach taty, ale tym razem zaprosiła na występ bliskich muzycznych przyjaciół Tomasza Stańko, którzy wiele czasu spędzili z nim na trasach koncertowych. Trio Marcina Wasilewskiego przez długi czas towarzyszyło Tomaszowi Stańko. Bielski koncert promujący płytę Live rozpoczęli spokojnie, jakby nostalgicznie żegnając mistrza. Potem delikatnie sączące się melodie splatały się z dynamicznymi fragmentami, a koncert bardzo przypadł do gustu widowni. W ubarwionym gustownymi cytatami muzycznymi koncercie znalazło się także miejsca dla specjalnego gościa - Johna Surmana.

W piątek na bielskiej scenie Wolfgang Muthspiel Chamber Trio i Florian Weber Quartet. W rolach głównych gitarzysta i pianista. Jazz z Austrii i Niemiec. Publiczność opuszczająca Dom Muzyki oba uznała za bardzo udane.

Trzeci dzień Festiwalu wypełniły dwa zupełnie różniące się od siebie koncerty. Na dobry początek - kameralny amerykański gitarzysta Bill Frisell. Artysta wypełnił Dom Muzyki swoimi dźwiękami z pogranicza jazzu, country i bluesa. W drugiej części koncertu, ku radości publiczności częściej wykorzystywał loopy, dzięki temu brzmiał jak mały gitarowy zespół.

Drugi koncert tego wieczoru to występ Dave Douglas UPLIFT - muzyka wsparta pozytywnym przesłaniem, które można określić jako "pozytywne zmiany". Sextet zagrał bardzo dynamicznie, z dudniącym basem Billego Laswella dwoma gitarami, bębnami i instrumentami dętymi. Chwilami włączali ekspresję charakterystyczną dla psychodelii czy punka. Na pewno ten znakomity występ nie pozostawił nikogo obojętnym.

Ostatni dzień Festiwalu znacznie wykraczał poza to, z czym spotykaliśmy się na poprzednich koncertach jazzu tradycyjnego. Na początek bardzo oczekiwany przez publiczność, perfekcyjnie wystylizowany na lata 30. Jazz Band Masecki  Młynarski. Stare piosenki Henryka Warsa, Fanny Gordon i wielu innych znanych, i już zapomnianych twórców. Stare mikrofony, bębny i pianino  wyglądające jak wyciągnięte z muzeum, przebojowe melodie i nawet perkusista grający solówki dopiero co przejęte z orkiestr marszowych. Wszystko to szalenie spodobało się widowni. A przecież był jeszcze koncert Eddie Palmieri Afro-Carribean Jazz Sextet. Pianista mimo, że przekroczył 80-tkę pokazał, że zasłużył na każdą z nagród Grammy którą otrzymał. Perfekcyjnie odegrane rytmy, instrumenty płynnie wymieniające się jako solowe i rytmiczne, a nawet solo na kongach. To było coś zaskakującego, ale godnego festiwalowego finału.